...może wyczerpałem swoją kreatywność?! Być może już nigdy nie będę w stanie opowiedzieć czegoś interesującego!
Frederik Peeters
...może wyczerpałem swoją kreatywność?! Być może już nigdy nie będę w stanie opowiedzieć czegoś interesującego!
Frederik Peeters
Wraca do pustych ścian, nie sam. Zawsze jest w domu on plus koty, z nim. Pije złoty napój z aluminium, pali w oknie kuchni papierosy, ponad koronami drzew. Dusi wątróbkę na cebuli. Nie sypia w nocy, nie kocha się nocą i w ogóle nie. Zawsze jest w domu z nim.
Mijają się jak cienie. Żyją w odmiennym trybie. Bez zaufania, które kruszy się z każdą godziną. Trwanie gasi każdy żar. Każde ciepło musi zamienić się chłód. Przestronna wanna z hydromasażem, nie pamięta w sobie dwóch ciał, może za wyjątkiem kotów – szalejących, kiedy pusty dom – przez chwilę wietrzy się z gęstego ciężaru.
Szkoda, że nie umieramy jak białe karły, lub wygasłe olbrzymy – nie zostaje po nas żadna supernowa, ani kosmiczny pył...
W którym momencie to nas pożera?
Kiedy znikają marzenia? Kiedy wszystko
staje się rutynowym banałem? Kiedy,
codzienność staje się czarną mazią,
powtarzalnych czynności, a dziecięce uskrzydlenie,
pragnienia, niewinne pożądania,
godziny spędzone razem w lesie,
zadziorne klapsy w tyłek, spojrzenia,
głupawe heheszki i pozowanie do telefonu,
że niby się całujemy – przestaje mieć znaczenie?
A świat, który był do podbicia i przepicia – podbija nas
i ściera w proch.
W której to jest chwili – zatrzymaj, i przewiń mi to
od początku… (Tylko). Nie mów że się nie da!
A co jeśli nie ma dna? I jesteś pyłkiem w bezmiarze bezmiaru? I jeśli trzeba spaść? To spadasz bez końca. Nie ma już znaczenia, czy w strugach deszczu, czy w promieniach słońca.
Tyle bym chciał Ci powiedzieć. Zabrać za rękę do parku. Namówić Cię na wspomnienia, których sam nie będę miał, komu opowiadać. Posłuchać jak na tej skarpie koło jeziorka, jak jeszcze nie było schodów, zjeżdżałaś na tyłku. Jak nie lubiłaś psów, a wilczurzyca pokochała Ciebie na zabój i nie chciałaś jej oddać, choć ta zdemolowała całe mieszkanie – kiedy szłaś do pracy. O tym jak miałaś większe jaja od mojego ojca, jak wymierzałaś sprawiedliwość dzieciuchom, które go dręczyły, bo on sam nie umiał. Jak byłaś damą, jak adorowali Ciebie wszyscy dyrektorzy. Jak podjęłaś najgłupsze decyzje życia. Jak wzięłaś siekierkę, by na pełnej kurwie sprowadzić od sąsiada, zapitego męża. O tym jak jeździłaś w latach 60-tych zamiast na wakacje, na handel do Czechosłowacji i Bułgarii, ale kochałaś się na zabój w Jugosławii. Jak hodowałaś w latach 70-tych araba – który stał się częścią rodziny – kiedy bratnie socjalistyczne narody i tak dalej… Tak dalej… Jak miałaś urwanie ze mną, ciągle chorowałem, ciągle coś żarłem, ciągle był jakiś problem… Tyle bym chciał Ci opowiedzieć – co zdarzyło się na tym Świecie – kiedy już Cię na nim nie ma… A on trwa, trwa na przekór wszelkiej rozpaczy, wszelkiej niezgodzie, zatrzymało się tylko moje słońce i umarło, tuż po Tobie, moje serce…
Odkryłem, że już nie ma. Wiem, że już nie będzie. Ani gwaru ani ciszy po burzy. Na zawsze pojechałaś. Widziałem jak znosili Twój wózek. A na nim Twoje ciało. W lekkiej konwulsji. Przeszyte bólem. Śpiące i czuwające.
Jak u ptaka co potrafi spać w locie. Tak Ty czuwałaś, wiedząc co nadchodzi. Jak całe życie - przynajmniej ze mną. Zawsze czuwanie nawet w ostatnich chwilach. Kiedy przy zimowych katarach. Parzyłaś herbatki z miodem. Dla swoich młodych. Starych koni. Z imbirem. Z cytryną. Ostatnia posługa przed wieczną zimą.
Tak to pamiętam. A pamięć lubi kłamać. Tylko ten smak i troska. Gdzieś w głębi zostanie. To była Twoja ostatnia prosta. A myślałem, że jeszcze będziemy mieli zakręty. Gwary i burze. Że wystrzelą pioruny. Zawieją zamiecie. Że wreszcie znowu przyjdzie spokój...
Przyszła pustka!